Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski, Bieszczady


Garść wskazówek -> są tu

Wyjazdowa galeria - zdjęcia inne niż w relacji -> link do GALERII

wstępniak

Założenie było proste. Chcemy przejechać Gorce, Beskid Sądecki, Beskid Niski i kawałek Bieszczad, omijając szutry, asfalt i szlaki rowerowe. Ładujemy się tylko w szlaki turystyczne i szukamy trudności technicznych. Wyjazd udał się w 100%.

prolog

Wyjeżdzamy z Breslauovic koło godz 13 – jedziemy jeszcze odstawić Anie na naszą działkę, potem skok do Ani do domu po jakiś mały aparat – przecież nie będę z lustrzanką popylał na rowerze. bierzemy aparat i już jesteś my w drodze do Krakowa. Seba jest głodny, więc wpadamy po hotdogi na Orlen. No miałem w planach iśc na obiad w Kraku, ale taka parówa w bułce przecież w niczym nie przeszkadza, w kwestii późniejszego zjedzenia obiadu. Po małym błądzeniu w Krakowie, docieramy do Basaja. podziwiamy mieszkanie w którym mieszka, jeszcze bardziej podziwiamy mieszkanie, które kupił. Trzeba przyznać że chata robi wrażenie. Lecimy na rynek – poszukujemy miejsca z golonką. Po dotarciu na Barbakan wpadamy do knajpy . Seba:

- chłopaki a golonka to dobra rzecz??

- noooooo fajna jest, tłusta

- yyyyyy

- będzie dobrze

Myśl Seby: nie sądzilem ze bedzie az tak tlusta... ale byla wporzo, choc nie rozumiem milosci chlopaków to takiego jadła. Po golonce glodny jak zawsze krolik wciagnał jakas kanapke z krewetkową galaretka w mc

zamawiamy 3 golonki i piwsko. Jemy, gadamy, niestety pora zmusza nas do powrotu. U Basaja w domu wciągamy po oferowanym przez niego Becks’ie i idziemy lulać. ja z Basajem na łóżku, Seba na glebie.

Dzień pierwszy

Dystans:47,6km
Suma przewyższeń:1860m

Pobudka o 6 rano, o 8 mamy pociąg. pakowanko, sranko – nie jemy śnaidania – nie ma czasu, kupi się po drodze. Do dworca jest 8 km boję się, że popieprzymy droge, ale pęka bez problemów. Dojeżdżamy w 15 minut. Na dworcu bileciki, drożdżóweczki (jak się później okaże – mega stare), woda soczki i do pociągu. Spróbujcie około 8 rano w niedziele, w okolicy krakowskiego dworca kupić coś wartościowego na śniadanie – niewykonalne!! W pociągu okazuje się, że woda cisowianka nie nadaje się do picia – słodko słony smak wywołuje u mnie niemalże torsje. Mogę ją pić z jednodniową (jak się okazuje po zakupie) drożdżówką, ale do camelbaga jej nie wleje, bo się po drodze porzygam. Jadąc ponad 2h postanawiamy, rozłożyć karrimaty i się kimnąć na leżąco. Budzi nas tylko od czasu do czasu, człapiący nad nami kanar. Całe szczęście, że nie ma obiekcji i woli nad nami stąpać niż kazać nam się ruszać.

Koło 10 wysiadka w Rabce – kupuje jakąś ludzką wode, wlewam do camela – mały przepak. Podczas przepaku jakiś miły Pan nas zagaduje, pyta o cele podróży, proponuje zakup lodów – odmawiamy i jedziemy. Przed nami ponad 700m (920m sumy podjazdów) technicznego podjazdu na Turbacz.

Plecaki ważą naprawdę sporo. Ja dawno nie jeździłem z ciężkim plecakiem, Seba jeszcze wcale. Podjazd z plecakiem a podjazd bez niego to zupełnie inna bajka.. Jeden wybitnie techniczny fragment podjazdu, atakuje w siodle kończy się to zejściem z roweru i klęczeniem, żeby się nie porzygać. Muszę przyznać, że takiej reakcji organizmu jeszcze nie miałem – chyba przesadziłem na początek. Odrobina restu – szczanko i jedziemy w góre. Wymijamy kilku innych bikerów.

Jak ktoś mnie zapyta czy to przyjemność, to mu powiem, że na szczycie odpowiem, że to wielka przyjemność, teraz nie skomentuje, bo nie wypada… W głowie ma piosenkę sex pistols o królowej którą to zapodał nam program 3 polskiego radia podczas podróży do Krakowa. God save the queen and her fascist regim.... Kurcze zawsze na podjazdach męczy mnie jakaś piosenka. Ostatni odcinek wnosimy rowery na plecach i oto jesteśmy na Turbaczu. Tam średno miłe spotkanie z gościem prowadzącym sklep w rowerowy w Nowym Targu – rower i kondycje miał nieziemskie, ale straszny był z niego burak. My delektowaliśmy się widokiem na Tatry, starając się nie widzieć wielkiej ilości ludzi chlejących na szczycie.

W końcu wyczekiwany zjazd. Siodło w dół ochraniacze z plecaka wędrują na kolana i golenie i napieramy. Jakaś kobieta:

- a wam w tym wszystkim nie ciężko jechać??

- w dół nie..:)

Trasa zjazdu jest bardzo urozmaicona. Singletrack, stromy, śliski ilasto - korzeniasty kawałek, potem szybka ścieżka z wypłukanym środkiem przez wode. Szybka ścieżka kończy się u mnie piznięciem w drzewo. Sprawdzamy wszystkie systemy: Wojtek jest cały, przewód hamulcowy lekko naruszony, pancerze linek pogięte. Prostowanko i jedziemy. Dojeżdża Seba:

- Co kupiłeś nowe opony i zapier...

- Noo :)

Jedziemy dalej do przełęczy Knurowskiej na niej baton, polewanie z rodzinki która zrobiła sobie piknik – podjechali autkiem na przełęcz piknikują potem powiedzą znajomym, że chodzią po górach. A jak mawia rorert, bez krwi, potu i łez nie ma dobrej zabawy i przygody. Kto myśli inaczej po prostu przygody jeszcze nie przeżył.

Podjazd na Lubań to 13 zjazdów i podjazdów, niby różnica poziomów to 400 m ale suma podjazdów to 750m. Przy kończącym podejściu, kończy się woda. Z rowerami na plecach doczłapujemy do szczytu - tam wiekie pojenie, żarcie batonów, nabranie wody ze źródła do cameli – wracają siły. Lubań jest bez wątpienia najpiękniejszym szczytem Gorców. Na szczęście nie ma tu ludzi, jest za to wielka łąka porośnięta kwiatami. Sekund kilka grzania się na słońcu i walimy w dół. Nagle Seba znika. Dostaję od niego SMS

Chyba się zgubiłem

Aha no to super. Dzwonie do niego i umawiamy się na spotkanie koło mostu w Krościenku. Ucinam krótką pogawędkę z panią, którą coś ugryzło pod okiem i wygląda jakby jej mąż przypieprzył za zbyt słona zupę i lecę w dół. W Krościenku pojawia się Seba – robimy zakupy w sklepiku. Właśnie przejechaliśmy całe Gorce. Tak mi pojawia się w głowie pomysł, coby uderzyć na Przechybę, ale dość szybko, na szczęście umiera.

Napieramy nad Krościenko – oby jak najdalej od ludzi, żeby rozbić obóz. Rozbijamy go na polanie nad miastem – chwila kombinowania z folią i jest nasz domek. Nie chcieliśmy brać namiotu, za ciężki – postanowiliśmy użyć folii i rowerów do zrobienia namiotu.

folia rozpostarta na rowerach robi nam za namiot

Opychamy się makaronem prima gusta. Boli mnie kolano mam nadzieje, że wytrzyma wyjazd. Nie chcemy spać pod folią bo nie pada, wiec śpimy pod chmurką – o 4 zaczyna padać, więc ładujemy się do domku. Co 30 min strzepuje wode z folii podczas gdy, Seba głośno chrapie. Ooooo nie ma tak dobrze, jutro on będzie trzepać.

Myśl Seby: Spanie na swieżym powietrzu jest cudne, sumie to deszcze nie przeszkadzał mi na początku za bardzo, no i nie dzwonił w folie.. jak to bylo po przeniesieniu sie do neszego foliowego namiotu

Dzień drugi

Dystans:40,45km
Suma przewyższeń: 1950m

Śniadanko z kaszki, pakowanie i wrotki. Lecimy czerwonym na Przechybę, będzie tego z 675m podjazdu. Jakoś nie wspominam dobrze podjazdów na ten szczyt. Dziś jadę w ściągaczu bo mnie męczy kolano. Tym szlakiem jeszcze nie jechałem. Znów piosenka: jadą jadą chłopcy, chłopcy radarowy – co za porażka czemu mnie się uczepiła. Jest nawet sympatycznie. W pewnym momencie dojeżdżamy do polany, na której pastuch wypasa swoje owce. Szczeka na nas pies, schodze z roweru, zasłaniam się nim przed zwierzem, pastuch odwołuje zwierzaka. Jakoś zachowanie psa nie zatroskało mnie tak bardzo jak ściana którą widzę przed sobą.

-No nie,... bez jaj,

Słyszę że Seba też klnie na to co widzi. Przecież znów będzie trzeba walić z buta, ale z pomocą przychodzi pastuch:

-Jedzcie tą dróżką – pokazuje na inną drogę – ominiecie nią tę ścianę.

No to poginamy i ….. wpieprzamy się w nieuprzątniętą szutrówkę po zrywce drewna, całą zawaloną gałęziami, gałęziami średniej średnicy 10cm. Na dłuższą metę nie da się jechać, trzeba jednak zapodać z buta.

Na zazwyczaj spokojnej Przechybie spotykamy dziwnych SS Debili. Jacyś paramilitarni chłopcy wymachują saperkami kopią w powietrze i groźnie warczą. Na powitanie wychodzi nam Goprowiec gadamy o rowerach, pytamy się:

- co to za debile

- aj kurwa dajcie spokój jakieś liceum o profilu wojskowym z Nowego Sącza. Mówie im żeby się zamknęli na troche a oni tak od kilku dni ciągle drą ryje.

nowosadeckie SS

Seba patrzy jak chłopaki kopia i stwierdza

- tyyy tak kopiąc, to oni przy kopaniu przeciwnika conajwyżej mogą się wypier.. na plecy.

Pijemy zakupionego powerade za niechrzecijańskie 6 zl, bawimy się z goprowskim psem – nowofundlandem, oglądany Nowosądeckich SS.

Zbieramy się. Okazuje się, że Seba ma kapcia. Zzmiana dętki i jedziemy. Kiedy zmieniamy kapcia, SS odpoczywa. Odjeżdżając słyszymy krzyk z lasu: GR…A….N….A…T patrzymy na SS - wszyscy padają na ziemię a nad nimi stoi jakiś inny, chyba starszy SS. Jezu co za debile. Widzę spojrzenie Goprowca pełne zatroskania …odjeżdżamy…i … po jakimś kilometrze urywam łańcuch na podjeździe./p>

Myśl Seby: Słyszę wrzaski Królika: Kurwa, Kurwa, kurwa, ja p... a tak się dobrze jechało

Zmiana łańcucha i znów zjazd. Mijamy jakieś niewiasty no to puszczam trochę bardziej niż zwykle hamulce. Potem czekam na Sebe

-Seba, jak widzisz ludzi to puszczasz hamulce

-niee, ja się do dziewczyn ładnie uśmiechałem, na co one odpowiedziały równie przyjemnie... - moglismy pozostac pod schoniskiewm dłuzej

-no tak

Dojazd do rozwidlenia, w prawo omija się szczyt Radziejowej, w lewo wjeżdża się na szczyt. Seba chce wyciągać mapę żeby sprawdzić, czy to to ominięcie o którym mówił goprowiec.

- Seba to niieee to, tamto omijało szczyt z lewej, nawet nie wyjmuj mapy, to jeszcze nie Radziejowa. Jedziemy po mojemu, jest to podjazd na Radziejową, o czym Seba jeszcze nie wie; no fakt oszukałem go, no ale jak można ominąć ten piękny techniczny zjazd z Radziejowej. Na szczycie jak byk napisane, że Radziejowa.

- ooo to jednak tamten rozjazd był omijający

- kurwa Królik…

Znów ochraniacze, siodło w dól - jedziemy..

- Ty z tego zjechałeś – pyta Seba

- no normalnie

- ty tak zapier…, czy ja jadę jak ciota

- Seba ja nie zapier.. ty nie jesteś ciota. Jest to twój pierwszy sezon w górach i jeszcze się nauczysz technicznych zjazdów. Ja tam jestem z Ciebie zadowolony, więc się nie napinaj, dobrze sobie radzisz :)

- no to dobrze!!

Dojazd do Piwnicznej, popas w sklepie – wciągamy kiełbasę i batony. Obserwujemy specyficzny dialog ojca z jego 3 letnim dzieckiem. Właśnie ładują się do auta.

- tata ja chce kupe

- no to wsiadaj

- tata ale ja nie dam rady

- wsiadaj szybko jedziemy

- tata ale kupa

- wsiadaj kurwa…

Dziecko siada na przednie siedzenie oczywiście bez fotelika, drugie mniejsze dziecko tata trzyma na kolanach i prowadzi. Mówię do Seby:

- ty wiesz co, powinni w coś wypieprzyć i wszyscy zginąć, przy takim ojcu z tych dzieci nic dobrego nie wyrośnie.

- he, he no dokładnie

Ogólnie jesteśmy zadowoleni, że się rozumiemy. Pociskamy na Halę Łabowską – dziś mamy spać w schronisku bo Seba chce się wykąpać – dziwne to ale niech mu będzie. Po drodze jedziemy równolegle z burzą i liczymy, że nas nie zleje. Nie zlała nas.

W schronisku jemy schabowego, pijemy sok. Myśl Seby: "Krolik dostaje mniejszego schabowego... czyli aby sie najesc musi jeszcze wciągnąć makaron". Zaczyna napieprzać deszczem i tak będzie zapieprzać przez całą noc. Nie wiem czy nasz domek dałby rade. Dobrze, że nie musimy tego sprawdzać. Seba idzie spać, ja jeszcze siedzę sobie przed schroniskiem, gadam przez tel. z Anią. Potem zimny prysznic i do wyra. Seba finalnie sie nie wykompał, ale za to ładnie umył w zimnej wodzie.

Dzień trzeci

Dystans: 53,6km
Suma przewyższeń: 1472m

Wyjazd ze schroniska. poranek robi wrazenie. jest przyjemnie chlodno.

schronisko na Hali Labowskiej

Na początek mamy urozmaicony odcinek na Jaworzynę Krynicką. Jadę sobie serią małych zjazdów i podjazdów i przypominam sobie jak przedwczoraj wyrypałem w drzewo. Przykleja się do mnie piosenka Pawła Kukiza:

Rozjebałem sie na drzewie,

z ust mi cieknie gęsta krew.

Wiem, karetka nie przyjedzie..

Tak sobie śpiewam i podjeżdżam. Okoliczności przyrody zacne. Tylko ten końcowy podjazd mnie wykańcza no ale udaje się go złoić bez technicznych potyczek. Wjazd na Jaworzyne, łańcuch jest tak uwalony, że kiedy mocniej depne zaczyna owijać mi się dookoła zębatki i blokować możliwość pedałowania, na stromych podjazdach robionych na stojąco owocuje to przewinięciem się przez kierownice i glebą na ryj. Muszę pedałować bardzo jednorodnie a to kosztuje dużo siły, no i się nie udaje podjechać do końca.

Baton na Jaworzynie i walimy w dół kombinując, jak by tu ominąć nartostradę i pojechać czymś technicznym. Udaje nam się to w 100%. Najpierw jazda po drewnianych schodach potem gliniasta ścieżka w lesie na której zablokowanie kół powoduje natychmiastową glebę. Dzięki ci Panie za hydrauliczne tarczówki. Zaczynają one piszczeć, znaczy to, że tarcza jest już prawie rozgrzana do czerwoności, no ale nic to trzeba poginać. Słyszę, że Seby tarcze też piszczą. Niestety zjazd się kończy. Dojeżdża uwalony jak świnia Seba – wypieprzył się, ale i tak jest cały szczęśliwy. Obaj uznajemy zjazd za super zajebisty.

Jedziemy do Krynicy – jakiś debil zagrodził szlak, do miasta trzeba walić szosą. W Krynicy jemy obiad – nasze ciuchy tak śmierdzą, że zaczynamy robić losowania kto ma wejść do sklepu/knajpy bo jest nam wstyd. Jemy obiad, potem sranko i jedziemy dalej. Przejeżdżamy przez szlak zarośnięty niemal zupełnie przez łobiany. Jest to urocze, kiedy jadę, mając wielkie liście na wysokości kierownicy. Dziś mamy jechać szlakiem wzdłuż granicy. Jest to przejazd poprzez szereg szczytów, z których jeden jest najwyższym szczytem Beskidu Niskiego – Lackowa 997mpn. Ludzie w schronisku mówili nam, że za cholere tam nie wejdziemy z rowerami. No musze przyznać, że na mapie zagęszczenie poziomic miażdży no ale to przecież tylko Beskid Niski. Potem okazuje się, że mieliśmy zrobić 300m wysokości na odcinku jednego kilometra. Było hardo, trzeba było nieść rowery na plecach i pomagać sobie rękami. Już w domu wyczytałem, że jest to najbardziej strome podejście po znakowanym szlaku w Polsce, oprócz Tatr. Lekki zgon na górze. 1km szliśmy 1,5h. Na górze spotykają nas trekkersi.

- wy tu weszliście z rowerami – ja pierdole – szacunek

Baton, zjazd – znów piękny techniczny i mocno śliski, co powoduje, że w jednym miejscu mną rzuca jak worem kartofli. Żyjemy, jesteśmy zadowoleni następnym razem Lackową ominiemy szerokim łukiem. Zjazd do Wysowej Zdrój, jemy kiełbasę, zachwycamy się widokiem jakiejś chłopskiej karczmy – fajnie, że Polacy zaczynają sprzedawać takie żarcie a nie hot dogi. Poginamy szlakiem dla koni, do bazy namiotowej w Regietowie. Bardzo te bazę lubię. Po drodze oglądamy cmentarz łemkowski i już jesteśmy jesteśmy bazie. Super ekipa w bazie. Są nawet dzieci – i ich rodzice ludzie gór – zazdroszczę im ich dzieci. Tak jak ja nienawidze dzieci, to te są po prostu zajebiste. Smażymy kiełbaskę, chwila gadania o górach przy ognisku, jakiś młodzian zagaduje mnie o rowery, chwile gadamy i idziemy spać. Lubię być w takim towarzystwie.

Dzień czwarty

Dystans:58,5km
Suma przewyższeń:630m

Zjadamy kaszkę odpowiadając na milion pytań dotyczących tego, po jakim czasie mamy dość kaszki. Dzieci patrzą na naszą kaszkę z wielką zazdrością. Zjadamy kaszkę, żegnamy się i spadamy. Dziś mamy zamiar, mieć dzień mało hardcoreowy. Będziemy jechać głównie szutrami i szlakami rowerowymi. Musimy zrobić około 80 km, żeby zmieścić się w planie i zakończyć naszego tripa we właściwym miejscu o właściwym czasie. 100m od bazy namiotowej mój rower dochodzi do wniosku, że jednak nie chce podjechać pod szczyt górujący nad bazą namiotowa - Rotundę. serwisowanie Trzeba serwisować. Spadamy do strumienia, tam czyścimy mój napęd, smarujemy łańcuch, regulujemy przerzutki. Jest git - można jechać. Częściowo podchodzimy po Rotundę. Na górze robimy krótki rekonesans na cmentarzu żołnierzy z I wojny światowej, częściowo odnowionym przez władze poniższej bazy namiotowej. cmentarz na rotundzie

Po wyjeździe z lasu pokrywającego Rotundę jedziemy przez dość rozległe pola. Szlak prowadzi akurat miedzą, więc jest dość techniczny. Jest to jak zwykle miłe doznanie. Po wiosce, do której zjechaliśmy, pomimo rozwalających się bud jeździły całkiem nowe, wypaśne ciągniki - god bless UE. Jeden z nich miał dorobioną klatkę bezpieczeństwa. Zapewne dlatego, że spora cześć pól w tych okolicach jest stroma i praca może być niebezpieczna. Widzimy, że nadchodzi burza, więc zamierzamy wjechać, do czasu jej przyjścia w las. Po drodze mijamy pole, po którym hasa kilkadziesiąt bocianów. Wyglądają, jakby ktoś je wstawił w PhotoShopie, niesamowity widok. Niestety nie udało się uciec przed deszczem. Kiblujemy pod dachem jakiegoś wioskowego baraku.

kiblowanie

Obserwujemy jak krowy chowają się pod drzewem w celu ucieczki przed deszczem. Po deszczu leniuchujemy jeszcze trochę, ale w momencie w którym krowy uciekają spod drzewa my również uciekamy ze wsi. Po zorientowaniu się na mapie, stwierdzamy, że wjazd do lasu minęliśmy parę km temu i nie ma sensu się do niego wracać. Podczas przekraczania strumienia, Seba się przewraca i idealnie kładzie w strumieniu.

wylewanie przez sebe wody z butow

Zmienia koszulkę, kurwi przy tym siarczyście. Nie chce jechać w mokrej, ale przy przebieraniu bezsensownie się wyziębia – jeszcze to później zrozumie. Przyglądamy się chwilę, stojącym nieopodal piecom do wypalania węgla drzewnego. Praca ludzi wypalających węgiel nie należy do najlżejszych. Wjeżdżamy do mega zadupiastej wioski, w której w sklepie nie ma coli, ani jogurtów, panowie przed sklepem rozmawiają o jeździe po pijaku bez prawa jazdy, a cielaki śpią na ulicy. Z owej wichury czeka nas 5km asfaltowy syty podjazd, na myśl o którym już boli mnie dupa. Należy dodać, że w trakcie jazdy w terenie nie bolą za bardzo narządy ponieważ na skutek ciągłego wygibasowania ciała, ciągle pracuje inny. Na asfalcie jest odwrotnie. Człowiek siedzi, nie rusza się a siodło wrzyna się w dupę i prostatę jeźdźca. Na końcu podjazdu czeka nas skręt w polanę i od teraz wąska ścieżka będzie nas prowadzić z górki doliną, najpierw polanami potem wśród mokradeł do Huty Polańskiej.

mokradelka

W Hucie mały popas i oglądanie obrazów z życia beskidzkiej wsi. Pod sklepem widzimy niewiastę ganiającą trzy krowy po okolicznej łące i dbającej by krowiaki nie wylazły na łąkę lub nie zaczęły się miziać do ludzi. Drugim obrazkiem jest koleś ledwo trzymający się na nogach – przy wyjściu ze sklepu gość wywala się ze trzy razy ale po wejściu do auta odjeżdża wzorowo. Oczywiście sklepowy wie, że gość odjedzie autem ale mimo to sprzedaje mu kolejną flaszkę. Życzymy panu sklepowemu - żeby pan kierowca potrącił mu dziecko.

Nie ma co - trzeba poginać. Dalej jedziemy końskim szlakiem w kierunku Tylawy. Najpierw asfalto szutry wiec bardzo szybko, mimo podjazdu zdobywamy odległość. W między czasie lekko pieprzymy drogę, spotykamy kolejną ulewę, podczas której kiblujemy pod drzewem oraz fotografujemy się na tle pięknej pełnej tęczy. Po udanej sesji poginamy dalej – kończy się szuter i wjeżdżamy w mokradła.

Tam Seba kurwi na to, że ciągle ma błoto w butach. Wyrywam do przodu po jakimś czasie, coś za długa Seba do mnie nie dojeżdża. Wołam go kilka razy jednocześnie się wracając i nagle słyszę

- Kurwa, cooo…

Podchodzę i widzę Sebę klnącego i wielokrotnie powtarzającego, że jest na mnie zły bo wybrałem gównianą trasę. Okazuje się, że cały zanurkował w kałuży. Tu należy zaznaczyć, że niekiedy te kałuże dochodzą do 50-60cm głębokości. Seba nie chce słuchać, żeby się nie przebierał, tylko od razu jechał, to się ogrzeje, a nawet stwierdza dość agresywnie, że zaraz mi przypieprzy, bo cała jego złość akurat skupia się na mnie. Nic to, właśnie Seba załapał sporego minusa, ale nie będę z nim dyskutował, bo to nie ma obecnie żadnego sensu. Stwierdzam tylko, że niech się zbiera bo stąd wypieprzamy. Do Tylawy, już na niego nie czekam.

Mysli nieuczesane seby po 2 kąpieli całkowitej...
1)nie no kurffa – rzeź
2)kurffa mac!! krolik standardowo najlatwiejsza trase wybrał
3)kurffa ale tu zimno
4)urwac krolikowi glowe
5)urwac krolikowi glowe i nasikac do srodka
W tym momencie krolik sie pojawia
-Krolik nie zblizaj sie – seba zly
-krolik – nie podchodz bo zajebie
-NIE PODSZEDŁ - uufffffff
6)no nie – pedałowac to nie dam rady... trzeba hotelu i gorącego prysznica

W Tylawie w sklepie kupuję nam żarcie – Seba mówi, że chce gdzieś do cywilizacji bo jest cały przemarznięty. Nie widzę, żeby się telepał lub był siny a plan mam inny na koniec dnia, ale do samego końca mu tego nie powiem, poza tym wiem, że da rade dojechać choć nie będzie mu łatwo. Informuję go, że musimy przejechać jeszcze 12km i poszukamy tam czegoś do spania, choć już wiem, że szukać nie będziemy tylko wyjdziemy w góry i tam się prześpimy. Po owych 12km mówię Sebie że jeszcze 0,5km do końca choć nie wiem za ile czasu damy rade zjechać z drogi w górę. Niestety mija od tego momentu około 30 minut. Ładuję się w górę wiedząc, że większość biwakowego ekwipunku mam ja i Seba za bardzo się bez niego nigdzie nie prześpi. Po 15 minutach podejścia decyduję się rozbijać obóz. Dochodzi Seba wściekły Seba. Mamy ostrą wymianę zdań. On mi zarzuca realizację postawionego planu za wszelką cenę i mienie w dupie tego, że on już dawno temu czuł się słabo. Ja jemu tłumaczę, że wcześniej nie mogliśmy odbić, bo wzbudzaliśmy zbyt duże zainteresowanie wioskowych chłopców. Po ubraniu się przez Sebę nastrój się uspakaja a po zjedzeniu kolacji już jest wszystko ok. Domek rozbiliśmy na wieszakach do suszenia siana. Wieszaki obciążyliśmy rowerami.

domek II

Będzie to bardzo komfortowy nocleg. No może nie do końca bo mam obtarte jaja, no ale nie można mieć wszystkiego. Seba po mojej informacji o jajach jest zadowolony, że coś mi się popsuło.

Podsumowanie wieczora przez Sebe:
krolik sciemnia cos ze 12 km itp... ciezko sie jedzie... coraz ciezej... krolik mocno z przodu... chyba wie ze nie zrezygnuje... fuck... stary cwaniak... zjechany maksymalnie silą woli pedałuje... dre sie do niego... od odszczekuje – za wioska... jest koniec wioski. Wchodzimy na wzgorze... w sumie juz mi przeszło, ale i tak ciągne temat... ostra wymiana zdan i wszystko wraca do normy. Mysle sobie ze dobrze miec krolika a nie jakiegos pizdusia za kompana... ale przeciez mu tego nie powiem bo sie jeszcze bardziej rozzuchwali chlopak. Robimy domek i odpalamy kuchenke – pakuje sie w spiwor i... wszystko juz jest ok :) Z rana jest mi glupio troche – plan to plan i trzeba go wykonać... stwierdzam ze jesli to przezyłem to juz nic mnie nie zaskoczy i... chyba mialem racje :)

Dzień piąty

Dystans:30.1km
Suma przewyższeń:720m

Rano Seba stwierdza, że faktycznie wczoraj nie było mu tak zimno jak mogło być i przełamał wczoraj kilka swoich barier, że następnym razem już mu takie rzeczy pewnie nie będą przeszkadzały.

Naprawiamy moją pękającą ramę. Jest pęknięta od dawna ale w ciągu kilku ostatnich dni jej stan się pogorszył, boję się, że mi pieprznie na zjeździe i będzie krucho. Naprawić się nie da ale skutki pęknięcia zminimalizować się da.

rama przed naprawa rama po naprawie

Dziś musimy dojechać do Komańczy. Stwierdzamy, że jesteśmy już tak zmęczeni, że jeszcze jednego dnia do Cisnej już nie jedziemy. Mięśnie mamy bardzo dobite po tych pięciu dniach a przy obecnych opadach deszczu w Bieszczadach będzie taki gnój, że te kolejne 50km w terenie będzie katorgą.

Najpierw musimy na azymut wyjść przez pole pokrzyw i ostów do szlaku na Polany Surowicze – miejsce, które bardzo lubie w Beskidzie. Po przejściu poprzez szereg płotków z drutu kolczastego (na polanach wypasane jest bydło mięsne stąd te ogrodzenia – aby zwierzaki się nie rozlazły) jesteśmy na polanach.

polany surowiczne

Jedziemy – mamy kilka przepraw przez potoki aż w końcu dojeżdżamy do Wisłoka. Jest wezbrany, więc przejazd przez niego kończy się obróceniem roweru przez prąd i efektownym zeskokiem z roweru do wody. Korzystając z wody myjemy napęd i smarujemy czyste łańcuchy.

wislok

Z czystym napędem poginamy do leśniczówki po wode. Tam bawimy się z leśniczego psem, gadamy z leśniczym o wilkach – okazuje się, że ma nowego – małego psa, bo w kwietniu starego zeżarły mu wilki. Tankujemy i poginamy szutrówką do góry, do miejsca w którym szutrówka zbliża się za 200m do szlaku, którym będziemy jechać. Już dalej terenem jedziemy na wysokościomież, bo z mapy wynika, że droga jest najbliższa szlaku na wys 700mnpm. Przejeżdżamy przez szczyt Tokarnia, który byłby piękny gdyby ktoś na nim nie postawił przekaźnika GSM. Po zjeździe z Tokarni mylimy droge, ale niby wiemy gdzie jesteśmy, więc walimy na orientacje. Dajemy dupy i w wyniku błądzenia tracimy jakieś 1,5h. W końcu wyciągamy kompas, analizujemy ukształtowanie okolicznego terenu i się odnajdujemy.

zagubieni w lesie

W ciągu tych 1,5h szliśmy drogą totalnie rozwaloną przez ciężki, leśny sprzęt, przedzieraliśmy się przez jeżyny itd. Wychodzimy w koło wielkich głazów nadających się do boulderowania bo mają po 6-7m wysokości. Nie wiedziałem, że w Beskidzie są takie rzeczy. Jedziemy przez wielkie łąki, znów ledwo co nas widać, trawa jest tak wielka. laki

Fajnie się jedzie wiec puszczam hamulce. Wjeżdżam do rowu i lecę sobie radośnie przez kierownice. Jest zabawnie. Po jakiejś 1h jazdy w strasznie bagnistym terenie dojeżdżamy do Komańczy. Tam szukamy noclegu, kupujemy żołądkową gorzką w celu zakończenia wyjazdu.

- Seba, zapamiętaj ten moment, bo trochę czasu minie zanim znów wezmę coś co ma 40% w pysk.

Babcia u której znaleźliśmy nocleg, nie za bardzo chce nas u siebie widząc nasze ubłocone cielska. Dopiero, kiedy mówię jej, żeby dała nam wąż to się opłuczemy - jej oblicze się rozjaśnia. Troszkę martwi się czy się nie przeziębimy, ale tłumaczymy jej, że od rana jesteśmy i tak cali mokrzy, więc polewanie wodą tej sytuacji nie zmienia

Informujemy babcię, u której śpimy, że jak cieknie jej gaz z butli to oklejanie zaworu taśmą klejącą nic nie daje i może wyrypać nas w kosmos. Babcia niby rozumie, ale już 1h później kiedy rozpracowujemy na górze flaszkę, słyszę, że babcia znów majstruje przy butli. Dobrze, że już jestem znieczulony to nie przejmuje się śmiercią przez wypieprzenie w kosmos.

EPILOG

Pobudka, pakowanie, płukanie rowerów, coby nas z pociągu nie wywalili, pożegnanie z babcią i lecimy na pociąg. W kiosku koło stacji kupuję gazety. Biorę m.in. dwie polityki bo myślę sobie że pewnie mają starą i nową.

Wsiadamy do pociągu zaczynamy czytać gazety, Seba:

- tyyy jak ty to zrobiłeś że kupiłeś politykę z 14 maja?

- yy no myślałem że to zeszłotygodniowa

W Zagórzu mamy 2 h na przesiadkę, idziemy na pizzę. Pizza całkiem smaczna wiec zjadam dwie. Seba:

- Królik, wiesz co dwie pizze to już lekkie przegięcie

- noo co głodny jestem.

Pociąg do Krakowa - czeka nas 6 h podróży. Ładujemy się na koniec pociągu. Rowery jak zwykle na koniec składu. Chcemy iść do najbliższego przedziału – karteczka, że służbowy, w nastepnych kolonia

- nosz kurwa mać

- no nic na nastepnej stacji przebiegniemy na drugi koniec

Jedziemy przez okno oglądamy nasz skład.

- tyy Królik, ten wagon na początku to chyba pocztowy, nie..?

- no tak wygląda

- no ja myślałem że takich już nie ma

- no widzisz, podhale, panie

Podbiega do nas kanar:

- te rowery to wasze

- taaaa

- no to po co tu stawiacie przecież na drugim końcu jest wagon rowerowy

- aaaaaaa, to my na nastepnej stacji przejdziemy

- nie będzie czasu. Będziemy stali pół minuty, idźcie przez pociąg teraz.

Skręcamy kierownice i idziemy, kanar nas pilotuje każe się ludziom chować do przedziałów.

Wagon rowerowy robi wrażenie. Z każdego przedziału w wagonie widać rowery na wieszakach, po prostu wypas.

wagon rowerowy

Tylko czemu jest tak kurewsko gorąco, a nam już zostały tylko koszulki z długim rękawem. Dlatego siedzimy w majtach. Jeszcze tylko kasowanie biletów przez Panią Kanar – maszynę. Jezusiu pływaczki z DDR wyglądają przy niej jak Heidi Klum. Przepak u Basaja na parkingu, bierzemy autko, żegnamy się z Basajem i lecimy do Wrocławia.

majtkowanie

Seba dzięki za impreze.
Basaj dzięki za nocleg
Tyboer dzięki za palnik.

Podsumowanie Seby:
Krolik – podobne wyjazdy zdecydowanie trzeba robic.
Nie myslalem ze Basaj bedzie az tak wporzo kolesiem – zdecydowanie pozytywny odbior. Jazda z ciezkim plecakiem to zupelnie inna bajka – szczegolnie na zjazdach inaczej trzeba sie ustawic.
Bariery pokonane:
-mokre bury
-chlupiące buty
-mokre wszystko
-wspinaczka z rowerem
-wc pod drzewem
-brak mycia sie przez 3 dni
-nieumyta glowa przez tydzien
pewnie jeszcze jest pare barier... ale nie pamietam ich juz :)

wskazówki:

Nasz stuff:

Osobisty:
Śpiwór
Płachta biwakowa
Ciuchy do spania
Ciuchy w których jedziemy
Ciepła koszulka
Kurtka przeciwdeszczowa
Łyżka
Makarony w torebce
Kaszka manna
Batony
Camelbag
Szczoteczka do zebów
Dętki
Chusteczki do higieny intymnej - aby nie jeździć przez kilka dni w tych samych spodenkach z rodzynkami na dupowych włosach
Plecak 25-30 litrów

Współdzielony:
Palnik
Gaz
Garnek
Nóż
Łańcuch
Klocki hamulcowe
Linki
Smar
Folia na domek
Taśma DuctTape
Drut
Narzędzia