Krym, półwysep rozmaitości...
Wskazówki dla chcących jechać w to magiczne miejsce -> są tu
Dla tych co jeszcze nie widzieli - link do GALERII ale lepiej niech oglądają po przeczytaniu relacji.
prolog
Nadszedł ten moment. Wsiadamy z Winiarem do pociągu w Zgorze. Na plecach plecak 30 kg, w ręku plecak Ani, dopasowany masą do jej zasobów siłowych. We Wrocq dosiada się do nas Potwór-Ania i zmierzamy w teraz kierunku Przemyśla. Gdzieś w środku nocy w naszym przedziale zjawiają się Mateusze i od tego momentu staniemy się nierozłączni, przez następny miesiąc. Przemyśl, bus do granicy, wypełnianie kart imigracyjnych - czeski film nikt nie wie co gdzie wpisać, razem dajemy rade. łapiemy ukraiński busik do Lwowa.
lwów
Wpadamy na dworzec kolejowy we Lwowie. Trzeba zostawić bagaże w przechowalni bo z 30 kg placakiem i zarwaną nocką, nie chce mi się popylać po mieście przez następnych kilka godzin. Zostawiamy sobie reklamówkę z żarciem.
Wymiana kasy na walutę ukraińską. Mieliśmy przy sobie dolary i euro, które z radością wymieniliśmy. Zaliczamy knajpki. Mateusze i Winiar udają się na mszę ormiańską podczas gdy my z Anią pijemy kolejną kawę i staramy się nie zasnąć. Odrobina błądzenia i wracamy na dworzec. Powoli zapada zmrok. Na dworcu udajemy się do poczekalni vip. Jak się okazuje przyjdzie nam za nią zapłacić 1hr/1os/1h czyli po 10 hr za osobe za noc :) Gdybyśmy mieli bilety to siedzenie na poczekalni na 12 h przed odjazdem jest free, my jezszcze nie mieliśmy.
Koczownicza noc zakończona, śniadanie, odebranie biletów od Wasyla i wsiadamy o 14 do pociągu. W wagonie mamy gromadkę kolonijnych dzieciaków jednak okazują się one bardzo zdyscyplinowanie i w nocy się nie drą, umożliwiając nam sen. Rano wjechaliśmy na półwysep. Na dworcach babuszki sprzedają piwo, owoce i lokalne ciasta. Kupujemy !! Jak się okazuje owoce u nich kupowane są pięciokrotnie tańsze niż nad morzem.
Po 25 godzinach jazdy wysiadamy w Symferopolu, udajemy się do sklepu ze sprzetem turystycznym po wkładki do butów dla Kaśki. Potem kasa biletowa, aby kupić bilety powrotne, oczywiście mieszcząca się w zupełnie innym miejscu niż dworzec. Na dworcu kupuje się bilety tylko na elektriczki.
-nie ma biletów na za 3 tyg. a na kiedy są??
-na za miesiąc.
-aaa.... to niech będą.
bakczysaraj
Czas na elektriczkę do Bakczysaraju. Bilet kupujemy za śmieszne pieniądze ok 3 hrywny. Nie wiemy skąd odjeżdżamy ale na 30 min przed odjazdem pokazuje się na tablicy nasz pociąg. Jadąc pociągiem nasłuchujemy dźwięków dobiegających z głośników a konkretniej nazw przystanków na których pociąg sie zatrzymuje. Słabo rozumiemy rosyjski a z trzeszczących głośników jeszcze słabiej. Jednak udaje się usłyszeć i zrozumieć upragnioną nazwę i wysiąść we właściwym miejscu. W Bakczysaraju łapiemy fartem busa i jedziemy nim jakieś 2-3 km do Uspiańskiego Monastyru. Tam przechodzimy przez dziedziniec w środku nocy i niechcący przeszkadzamy w jakimś obrządku. Drepczemy po ciemku i szukamy jakiegoś miejsca na nocleg. Znaleźliśmy. Szybka kolacja i kimanko.
Rano widzimy że jesteśmy w wąwozie. Widoki piękne. Otaczają nas, na oko stumetrowe ściany. Wąwóz wydaje się nie mieć końca. Szybkie tankowanie wody w monastyrze idziemy do czufut-kale skalnego miasta koło bakczysaraju. Przechodzimy przez nie bez entuzjazmu. Dużo ludzi niewiele ciekawych miejsc. Zainteresowal nas widok na sąsiedni wąwóz. Jest niesamowity. Można sobie zrobić zdjęcie z koniem na jego tle. Jak wygląda koń - wiemy więc idziemy dalej. Kiedy idziemy tak jak nakazuje przewodnik, grubo za miastem natrafiamy na wysoki skalny mur którego nie jesteśmy w stanie sforsować. Łazimy po nim i tylko się utwierdzamy w przekonaniu że zejsć z niego się nie da, zwlaszcza z plecakami. Bardzo brzydko mówimy bo czekają nas 2-3 godziny obchodzenia. Nagle wyrasta spod ziemi człowiek który otwiera nam wrota i idziemy dalej w dzicz. Mijamy metropolię karaimską o której nic nie wiemy i gubimy się w drodze do tepe-kermen. Warto się było zgubić bo to zobaczyliśmy zwaliło nas z nóg. We wnętrzu jednej z górek którą widzieliśmy jest wykute właśnie tepekermen, wtedy o tym nie wiedzielismy.
mateusz: -o kurde wlasnie po to żyjemy, żeby oglądać takie rzeczy
ja: -.......oooooowszem
Kilka godzin później wybieramy sobie skalną dziurę w fantastycznym mieście tepe-kermen. Tepekermen to prawdziwie skalne miasto. Składa się ono z wielopoziomowych grot w skale. Często możliwe jest przechodzenie między jedną a drugą. Na najniższych poziomach mieszkały zwierzaki, a wyżej ludzie. miasto robi piorunujące wrażenie. Góra wygląda jak ser szwajcarski. Klimat miejsca oszałamia. Nie ma tu żadnych furtek ani dachówek. Groty harmonizują z otaczającą nas piękną przyrodą. Żarełko, delektowanie się widokiem zachodzącego słońca. Zamieszkalimy tę grotę z której rozposcieral się najlepszy widok. rozpalilimy wewnątrz ognicho. Spalismy na karrimatkach, aż nie obudzilo nas wschodzące slońce.
fotografowanie jaszczurek biegających w pobliżu, niepewne zejście po stromej skarpie, mijamy z sercem w gardle bazę wojskową osadzoną w górach (człowiek się tyle nasłuchał o ukrytych radzieckich bazach i stosunku żołnierzy do gapiów), zbiegamy do jakiejś wiochy tam kupujemy w rozsypującej się budce soki które okazują się dużo lepsze niż polskie hortexy, łapiemy autobus i jedziemy za 2 hr do bakczysaraju oglądać mickiewiczowski pałac hanów. ja pałacu nie oglądałem ze względu na wstręt do zabytków, poza tym ktoś musiał naładować w knajpie baterie do aparatu. hmmm ukraińskie piwo jest w porzo, tylko że w knajpie nie ma klopa a musze pilnować plecaków i baterii :) wsiadamy do zdezelowanej łady i za 3 hr od ryjka jedziemy na dworzec kolejowy. nasz driver rozpędza się do 60km/h a potem wyłącza silnik i jedzie na luzie. dojeżdża do skrzyżowania i znów rozpęd....
bałakława
znów elektriczka (bilety kupujemy w pociągu i kanar ma drukarke !! nie to co u nas) tym razem do sewastopola tam żarcie w kanjpie raj - polecanej przez przewodnik - drogo i do dupy, wsiadamy w autobus podmiejski w którym bilety sprzedaje babuszka za 1hr i w końcu zobaczymy morze. jesteśmy o zmroku. na dzika plaże się nie dostaniemy bo nie znamy drogi. w bałakławie postanamiamy przespać się na górze na miastem. w mieście trwa impreza i w drodze na górę mijamy obmacujce się parki i amatorów chlania w plenerze troche sie obawiamy noclegu, dołcza do nas grupka lekko zagubionych turystek i razem spędzamy noc na górze. rano (jedno z piękniejszych rano w moim życiu ze względu na widoki) kiedy okazuje się że wszyccy przeżyliśmy, ruszamy na piechote na plaże. z mapy wynika że przed nami dziewiczy teren. olewamy plaże na których sa turyści i rozbijamy się, tam, gdzie ludzi brak. okazuje się że nad nami są campingi, których nie widzieliśmy ale ludzie nas na szczęscie nie zasypują swoją obecnością. kąpiemy się pierwszy raz od tygodnia. jest to na prawdę niesamowite uczucie. upragniona kąpiel w tak niesamowitych okolicznosciach przyrody.
na tej plaży spędziliśmy 5 dni. przebieg każdego dnia był identyczny, wylezienie z namiotu, przeciągnięcie, wlezienie do wody i pływanie, śniadanie, leżenie, leżenie,leżenie, łowienie małż, rozpalanie ogniska (drewno z jałowca trzeba bardzo długo grzać żeby się rozpaliło, ale płonie niezwykle długo) smażenie małż, spanie. po prostu coś pięknego. dwa razy chłopaki udali się na parogodzinną wycieczkę do miasta po wode chleb i arbuzy.
po kilku dniach obijania, krótki pobyt w bałakławie - zwiedzanie bazy okrętów podwodnych. należy dodać że do 1991 miasta tego nie było na mapach a ludziom nie wolno było opuszczać jego granic, właśnie ze względów na bazę.
aj-petri
lecimy busikiem do sewastopola a potem do miejscowości foros. bynajmniej nie po to by ją zwiedzić, al by wyjść z niej w góry - na masyw aj-petri. wiedząc że jest tam krucho z wodą, zabieramy sporo butelek z tym płynem. w moim plecaku doliczyłem się 9 bonusowych buteleczek. rozbijamy się na grzbiecie masywu. to podejście bolało pokonaliśmy z dużym ciężarem w krótkim czasie 900m, większość po ciemku. rano obserwujemy czerwone ważki rozmawiamy krótko z dwójką wspinaczy i ruszamy w drogę po wypalonej jajle (odpowiednik naszej połoniny) idziemy w kierunku jałty przaktycznie cały czas wzdłuż urwiska, dochodzącego miejscami do 400m. widoki są niesamowite, zwłaszcza w okolicach szczytu spirady.
wycieńczeni drogą znajdujemy coś na kształt oazy. mały skrawek ziemi 2-3 ha porośnięty gętym starym lasem liściastym. na tej suchej przestrzeni wygląda to surrealitycznie. w środku czeka na nas cień i wykopana studnia. montujemy obozowisko z profesjonalną kuchnią. w nocy nasze napoczęte pasztety zostaja zaatakowane przez chrząszcze giganty. rano prysznic w wodzie ze studni 2l wystarczają na 100% umycie się. a potem znów błądzenie po suchej jajle. nocleg w miejscu gdzie latają tysiące ważek, raz po raz słychać jak się dwie ze sobą zderzają. rano zejście do ałupki, pokonaliśmy jakieś 1300m na szczęście w dół.
ałupka
docieramy do cywilizacji. opychamy się różnymi smakołykami (bakalia w karmelu - bardziej wypasiona wersja sezamek) w pierwszym lepszym sklepie i lecimy na plaże. znajdujemy mało uczęśzczaną w centrum miasta i tam rozbijamy się na kiklka kolejnych dni. czas schodzi nam na wycieczkach do miasta i leżeniu, nurkowaniu. ja widząc wielkie kamole wystające z wody żałuje że nie wziąłem wspin-butów można by bulderować, z resztą to samo czułem w bałakławie. każdego ranka budzi na jegomośc mieszkający na naszej plaży a domku z kartonów i nitek (w zasadzie to my jesteśmy na jego plaży). nago wykonuje on różne dziwne wygibasy oraz pływa w morzu, jednocześnie śpiewając. pewnego dnia kupujemy kalmary w puszce i wszyscy którzy je jedzą następnego dnia nie czują się za dobrze, innego udajemy się do winiarni massandra i kupujemy wino. ze względu na moją słabą znajomość rosyjskiego/ukraińskiego myli mi się sacharne z suchoje i w rezultacie kupujemy drogie słodkie wino zamiast wytrawnego. jest ochydne. z ałupki łapiemy busa do jałty tam robimy zakupy w jedynym sklepie samoobsługowym - doskonale zaopatrzonym i lecimy auto(busem) do ałuszty a z niej trolejbusem na przełęcz angarską (angarski pieriewał czy jakoś tak) ponoć jest to najwyżej położoba linia trolejbusowa na świecie i chyba jedna z dłuższych.
przełęcz angarska
przełęcz ta rozdziela dwa masywy - demerdżi i czatyrdah. my idziemy najpierw w stronę cztyradhu. mijamy jakiś camping i dziwny plac widać że za czaerwonych czasów ktoś chciał utworzyć tu jakiś wielki socrealistyczny ośrodek turystyczny. wizja nie została ukończona a o tym chorym pomyśle przypomina pordzewiały szkielet.
rozbijamy obóz koło strumienia. gotujemy. na przełęczy jest zadziwiająco zimno w nocy. tej nocy ania z winiarem lekko się porzygali i nie tylko. rano przechodzą na ścisłą dietę i pauzują przez jeden dzień.
czatyrdah
więc my wyruszamy na lekko na szczyty masywu czatyrdah. naszym celem jest eklizi-burun (1570 mnpm). pokonujemy strome podejście cały czas idąc lasem. wyjście z lasu to jednocześnie wyjście na płaskowyż. widok nas po prostu rozwalił. idziemy łąkami z wystającymi skalnymi skarpami na wystający szczyt. z urwistego z jednej strony widać krymski krajobraz. czyli morze połączone z góskimi fałdkami, winnicami. coś niesamowitego. wracamy stroną częściowo stroną wschodnią by urozmaicić sobie powrót. mijamy las wyglądający jakby zamieszkiwały go tolkienowskie drzewce. rano już w pełnym składzie idziemy czatyrdahem w kierunku jaskini marmurowej - największej jaskini na krymie, niestety oświetlonej wybetonowanej i z masą turystów. po drodze mijamy trzy inne jaskinie między innymi tysiąca głów oraz kryształowa.
po wyjściu z jaskini marmurowej staramy się przekonać kierowce stojącego tam autokaru aby zawiózł nas na przełęcz. jego propozycja cenowa nas jednak odrzuca. nie dochodzimy do porozumienia, a kiedy wracamy i informujemy go że jesteśmy gotowi przystać na jego propozycje, dowiadujemy się że mamy spadać. w takim wypadku pozostaje nam tylko nożny powrót na przełęcz prze górki, ale najpierw nocleg ponieważ się zmierzcha. rano wstajemy o 6 i po mojej małej sprzeczce z mateuszem wynikającej ze wzajemnego niezrozumienia naszych odruchów udajemy się w podróż powrotną. na przełęczy koło socrealistycznego niedokończonego potworka zjadamy zakupione jogurty i pieczywo i ruszamy w kierunku demerdżi, rekordowo klnąc na przewodnik. podróż na demerdżi pełna jest błądzenia ale także bardzo zmieniającego się krajobrazu.
demerdżi
tego dnia na szczyt masywu nie dochodzimy. i tak był to dla nas rekordowy dystans. kończy nam się woda. rozbijamy się gdzieś w 3/4 wysokości góry koło super cherlawego strumienia z mętna wodą. jemy kolacje, gotujemy kompot z porozrzucanych tu małych gruszek o intensywnym smaku. podczas gdy inni idą spać, ja postanawiam ugotować sobie kisiel. jednak niedogotowuje wody. zamiast gotować ją przez 10-15 minut zalewam kisiel zaraz jak woda się zagotowała. rano budzi mnie ostry ból brzucha. mam mega rozwolnienie i rzugam jak kot. postanawiam resztę poranka spędzić na zewnątrz. zasypiam na karrimacie pod drzewem. po jakimś czasie budzi mnie stukot końskich kopyt. otwieram oczy i widzę przechodzącego dokłanie nade mną konia z człowiekiem siedzącym na nim :)
po pobódce reszty ekipy postanawiamy się wycofać w doliny. kończy nam się woda, ja też nie bardzo jestem w nastroju do łażenia - jak się jeszcze okazało nie bedę przez tydzień. coś wewnątrz mnie kłuje. głupio tak się zawijać. na szczycie demerdżi jest wodospad. niosę piwo w plecaku które chciałem w nim schłodzić, wykąpać się tam. to miało być moje pożegnanie z krymskimi górami bo demerdżi to nasz ostatni masyw do odwiedzenia, a teraz wielka dupa.... na pocieszenie powtarzam sobie że na demerdż byliśmy z anią rok wcześniej, że widzieliśmy wodospad, a co tam, niech reszta ekipy żałuje.
udajemy się do miejscowości łuczistoje tam czekamy na autobus. widzimy kilka scenek rodzajowych z życia krymskiej wsi. chcemy coś zjeść kiedy po wielu dobijaniach się w końcu wpuszczają nas do sklepu robimy zakupy. po zjedzeniu czegoś tylko bardziej chce mi się rzygać. jakieś dzieci pokazują na mnie palcem i uważają że jestem komandosem po prostu rewelka. docieramy do ałuszty. stamtąd mamy jechać do sudaku. okazuje się że musimy się rozdzielić na dwie grupy bo jest kiepsko z miejscami w autobusach. winiar jedzie sam pierwszym a nasza czwórka w drugim jadącym 2 h później. czekamy na dworcu w pełnym słońcu. ja cięgle kombinuje jak się nie porzygać i zwijam się z bólu. zarośnięty, brudny wyglądam jak jakis ćpun. w końcu podjeżdża autobus. teraz już tyko wystarczy wmówić sobie że nie mam choroby lokomocyjnej i przez 2 h modlić się o to by nie zarzygać współpasażerów co nie będzie łatwe, bo: jest mi źle, busy są masakrycznie przeładowane. udało się!
sudak
w sudaku spotykamy winiara i udajemy się szukać miejsca na spanie, jest już ciemno. winiar zauważa tylko, że podczas dwugodzinnego okresu oczekiwania na nas znalazl kilka kandydatek na żonę. no to trzeba ukrainkom przyznać że są niezwykle urodziwe a przede wszystkim spory ich odsetek dysponuje niezwykle zgrabnymi nogami. jedziemy taksówką na wybrzeże, pod twierdzę bo sobie wymyśliliśmy że będziemy spali u jej podnóża. po kilku perypetiach, obejściu góry, chodzeniu między mega śmierdzącymi strumykami docieramy na tyły (względem wejścia do twierdzy) góry. wchodzimy na pewną wysokość i rozbijamy obóz. w nocy budzę się z zawrotami głowy, mam przerwę w spaniu na sranie. rano jest lepiej ale zatrucie dalej daje o sobie znać. widzimy całe wybrzeże z góry i przed udaniem się na plaże odstrasza nas ilość leżących tam ludzi. przypominają się programy o fokach i pingwinach na discovery channel.
znajdujemy płatną plażę znajduje się ona koło miejscowego klubu płetwonurków u podnóży góry z twierdzą. kosztuje 10 hr za nieskończoną ilość spędzonego tam czasu, jest na niej miły barek. wprawdzie w barku brakuje żarcia ale można wychodzić na promenadę. tu jest mało ludzi można spokojnie wyciągnąć nogi bez obawy że położy się je na czyimś łbie. jedymym mankamentem jest niesamowita płycizna 100m od brzegu jest dalej 1,5m. widoki urozmaicają nudystki w sekcji dla nudystów :) w sudaku spędziliśmy jakieś 3 dni głównie leżąc na plaży i opychając się shaormami i pielmieni ja dalej bo zjedzeniu czegoś cięzszego muszę kombinować jak się nie porzygać a zgagę mam zawsze. powoli zaczynam się martwić czy nie złapałem jakiegoś syfa od tej wody. jednego dnia postanawiamy zwiedzić twierdzę, bo skoro już jesteśmy w mieście głównie znanym z twierdzy to nie wypada jej olać. dzielimy się na 2 teamy jeden idzie zwiedzać a drugi leży na plaży i pilnuje bagaży. zapomniałem dodać że codziennie zwijamy obóz bo głupio go zostawić bez opieki prawie w centrum miasta. twierdza średnio warta uwagi. jak dla nas to jedynym plusem jest widok na nowy świat.
sudak wieczorami zamienia się w miasto kiczu. nie ma w tym nic odkrywczego. jest to klasyczne nadmorskie miasto nastawione na turystów z pieniążkami. mnóstwo dyskotek i kramików ze świecidełkami wzdłuż promenady kłuje w oczy. w powietrzu unosi się zapach z grilla. mnie klimat takich promenad odpowiada. 100% sielanka. zrelaksowani ludzie włóczą się chodnikiem. przypominają się wyjazdy z rodzicami do ciepłych krajów, kiedy byłem mały. zawsze chciałem by mi kupowali te wszystkie świecące rzeczy.
koktiebiel
wracamy na dworzec i udajemy się do koktiebiel - krymskiego miasta hipisów. wysiadamy i biegniemy na wschód licząc na to że w końcu skończy się promenada, pola namiotowe i będzie gdzie rozbić namiot. w końcu się udaje. kiedy staliśmy na środku plaży zaczęła nam a konkretnie mi się przyglądać grupka hipisów. zastanawiam się czemu?? podeszli i się przywitali. mili ludzie :) dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego że jestem ostro zarośnięty i chodzę w kapelusiku w kwiatki. oni wzięli mnie za swojaka. nic, trezba iść dalej. absolutnie nie odpowiada mi ich nihilistyczny styl życia i wiara i ich anarchistyczne ideały. obóz rozbijamy na skrawku ziemi wydartej morzu. rozbijamy się zaraz przy skarpie a od wyjścia namioto do morza dzielą nas 2m :) morze tu znów jest płytkie a dno nudne i muliste. do miasta wychodzimy wieczorami. raz my z anią raz mateusze. winiar losowo dołącza do jednej z par. tu wyraźnie z mateuszem zaczynamy mieć siebie dość. no ale po takim czasie oglądania swoich gęb ciężko jest wytrwać w spokoju. powoli okazuje się że musimy od siebie odpocząć i będzie dobrze. znów dnie spędzamy na łażeniu do miasta i wylęgiwaniu na plaży.
ze wszystkich odwiedzonych miast koktiebiel zrobiło na mnie największe wrażenie. panuje tu ciekawy klimat. częsciowo zapewne dzięki tym nierozumianym przeze mnie hipisom. ale również dzieki tatarskim knajpkom. tu widać że krym jest półwyspem rozmaitości. w kanjpach kulturalny mix. na straganach babuszki sprzedają suszone owoce morza. obok nich siedzą hipisi i produkują z miejscowych gatunków drewna najprzeróżniejsze akcesoria, od fajek do jarania wszystkiego po łopatki do przewracania mięcha na patelni. muszę przyznać że knajpki tureckiego pochodzenia w których czas spędza się na leżankach, bardzo mi odpowiadają. również żarcie - owoce morza z ryżem. w każdej knajpce można zamówić wina. na miejscu jest winiarnia i prawie wszędzie możliwe jest zamówienie lokalnego trunku. nam smakowało wytrawne cabernet sauvignon rocznik 2004.
osoby wrażliwe powiedzą że w koktiebiel panuje syf. teraz interesuje mnie jak bym się zachował gdbybym pojechał prosto z polski do owego miasta. my przecież od ponad trzech tygodni koczujemy. każdego ranka idziemy z anią pałaszować ciasteczka francuskie kupowane na stoisku ciastkarskim z piecem na promenadzie. najlepsze są ciacha z ananasem. na ciastka tracimy majątek :) jedno kosztuje około 6-7 hr. a na śniadanie potrzeba kilku.
koktiebiel miało być naszą bazą wypadową do parku karadak. jak się okazało ktos go zamknął bo ukraińska akademia nauk prowadzi w nim badania. cały, jak się okazało obszar parku został skrzętnie obwieszony tabliczkami że przekroczenie granicy zaowocuje mandacikiem w wysokości 200hr. możliwa była tylko wycieczka statkiem pod złote wrota. nie za bardzo bawiła nas perspektywa tłoczenia się przy burcie statku i strzelania zjęć w sposób japoński, kosztowało ona poza tym 60hr.nie żebyśmy byli skąpi, gdyby tyle kosztował wsoęp do parku a tam moglibyśmy łazić do woli to pewnie byśmy zapłacili. karadak został przez nas z bólem serca olany.
pewnego dnia mam dosyć leżenia na plaży. po drodze kupuje dwie samse z mięsem, dwie bez mięsa i taz zabezpieczony ide. udaję się na samotną wycieczkę na górkę która majaczy na horyzoncie. chyba nie należy ona do granic parku. okazuje się że należy. mimo to olewam zakaz i idę. zastanawiam się co zrobie jak mnie ktoś złapie. nie mam przy sobie takiej kasy. zabiorą mi paszport a za 2 dni wracamy. myśle sobie że dam im mój scyzoryk :) jako łapówkę. wejści okazuje się miłe i zacienione. na górze jest trochę przedzierania się przez krzaki. koło szczytu mam kilkumetrową jedyneczkę do wyżywcowania i jestem na szczycie. no może nie na samym bo szczyt to 10m skalna turnia na którą nie mam zamiaru wchodzić bez asekuracji i w butach trekkingowych. siedzę tu trochę i delektuję się widokiem na wybrzeże. pochłaniam kupione buły. w końcu trzeba wracać. po drodze mijam kałużę z wielkimi żabami, oczko wodnę z czaplą obmacuje modliszki. stwierdzam że koniki polne są bardziej strachliwe niż modliszki :) w koktiebiel ide przez promenadę, wymiana uśmiechów z dziadkiem sprzedającym samse. jeszcze tylko przechadzka po plaży. skupiam na sobie spojrzenia leniuchujących ludzi - musze wyglądać dziwnie w długich spodniach i ciężkich trepach na plaży, ale co tam; mam na koncie owocny dzień. zdążam na kolacje. dziś makaron z keczupem. miał być sos pomidorowy do spaghetti ale jak sie nie zna języka i nie umie się czytać cyrlicy to mogą człowiekowi sprzedać wszystko. gotowanie w osłonie przeciw-wietrznej z opony. kładziemy się spać.jeszcze tylko wieczorne sikanie. rany jak mnie wkurzają te skaczące robaki wychodzące z ziemi po zmroku. są wszędzie. trzeba szybko wychodzić z i wchodzić do namiotu że by tam nie wskoczyły. ania przezornie czeka z sandałem w ręku na śmiałków którym uda się do nas wskoczyć.
następnego dnia na podobną wyprawę wyrusza winiar
way back home
koktiebiel to nasze ostatnie miasto. pakujemy się, ostatnie spojrzenie na zachodzące słońce nad morzem i idziemy na wieczorny autobus do symferopola. wtedy cieszyłem się że wracam do domu bo miesiąc to długi okres czasu. teraz patrze na to inaczej. smutno mi się robi jak przypomnę sobie powrót. w symferopolu na dwrocu jesteśmy koło 22. pociąg mamy o 13. noc spędzamy na koczowaniu. miejsce spania na dworcu zmieniamy chyba ze 4 razy. okazuje się że dworzec sprzątany jest w nocy więc ciągle ktoś chciał myć miejsce w którym spaliśmy. łazimy z karrimatami w tę i spowrotem. w końcu podjeżdża pociąg. żegnamy się z krymem.
podróż mija bez ekscesów. teraz mamy wagon klase wyższy. jedziemy klasą kupiejny. są przedziały w przedziale po cztery łóżka winiar jest sam ale do nocy siedzi u nas. jesteśmy zdziwieni że nie otwieraja się okna.
winiar: - hans, my się tu podusimy.
kiedy pociąg rusza okazuje się że każdy przedział jest klimatyzowany. a to ci technika, pomimo że wagony wyglądają na starsze niż nasze, co bynajmniej nie znaczy że są zaniedbane.
podróż mija bez zastrzeżeń. rano wysiadamy we lwowie. człapiemy do busika jedziemy na granice - do medyki. tam spotykamy polkę o tatarskich korzeniach która opowiada nam conieco o podejściu systemu sowieckiego do tatarów. generalnie urządzono im niemały holocaust. wysiadka na granicy.
granica
zapada decyzja o pieszym przekraczaniu granicy. to był chyba błąd. o ile wejście na terytorium ukrainy przebiega bez problemów to powrót jest problematyczny ze względu na niesamowitą ilośc mrówek które są skrzętnie trzepane. to co przeżyliśmy podczas stania w kolejce do budki granicznej to horror. ludzie to idioci a zwłaszcza polacy i ukraińcy. zamiast stać grzecznie w kolejce co usprawniło by odprawę pchają się na potęgę. ja miałem na nogach terkkingowe sandały. bywały momenty że z powodu zapierania się nogi wyjeżdżały mi z nich do połowy. mateusza plecak pomimo zapiętego pasa biodrowego przyjął pzycje horyzontalną. tak staliśmy ok 1,5h, im bliżej budki tym gorzej. przy budce przyjąłem taka pozycje żeby być przy barierce a anię ustawiłem do wewnątrz tłumu. bałem się że kiedy ona stanie przy barierce to połamią jej żebra albo sie udusi. ja miałem barierkę na wyskokości miednicy. bolało ale przeżyłem. dlaczego straż graniczna jest tak tępa i nie zrobi zygzakującego bydlętnika to zapobiegło by takiej masakrze.
polsza
po przejściu budki biegniemy do polskiej budki i widzimy dokładnie taki sam widok. masakra. na szczęście pogranicznik widzi że jesteśmy turystami i po kilku prośbach puszcza nas bez kolejki. tłum nie przyjmuje tego z entuzjazmem ale my mamy ich gdzieś. pieczątki do paszportów.celnik: - nie mieli na krymie golarek
my: - nie, za ciężkie.......:)
celnik: - powodzenia ...
busik i jazda do przemyśla. na dworcu w przemyślu okazuje się że nbrakuje mojego jednego buta którego miałem przypiętego do plecaka i na pewno miałem go jeszcze po stronie polskiej. wracam busem do medyki, znajduje but w rowie wracam, pociąg przyjeżdża. wracamy do domu. mateusze wysiadają w krakowie, ania we wrocławiu, przyjeżdża po nią jej tata jest środek nocy. kiedy czekamy z winiarem na nasz pociąg do zgory obrzeramy się knyszami. powrót kukurydźnikiem pkp do zgory. standard do dupy. zielona góra jesteśmy w domu.
ojciec w drzwiach: - aleś ty zarósł
ja - no.
dobrze być w domu
wskazówki:
bilety kolejowe na krym - do symferopola należy kupować z miesięcznym wyprzedzeniem bo ilość chętnych jest ogromna. jeżeli nie macie znajomych we lwowie lub kijowie to kupcie bilety przez tę strone: http://lwow.wschod.info/ wystarczy zagadać do adminów (katii albo wasyla) i ustalić zasady zakupu. ceny są bardzo rozsądne. proście ich o zaklepanie takich miejsc aby chociaż jedno z nich było dolnym łóżkiem bo wtedy będziecie mieli skrzynie na bagaż, na której śpicie wiec na 100% nikt was nie okradnie no chyba że zwali was z wyra.
nie dajcie się zgarnąć naganiaczom busowym tuż przy wyjściu z bramek granicznych. są upierdliwi i drodzy. jakieś 500m dalej jest quasi pętla busowa i jedzie się stamtąd do lwowa. naganiaczom płaci się 15-20 hrywien a z pętli bez łaski jazda za 8. my daliśmy się wydymać.
na dworcu kolejowym we lwowie są dwie przechowalnie jedna łatwa do znalezienia i strasznie oblegana a druga trudna do znalezienia i mało oblegana my wybraliśmy tę drugą. przechowanie bagażu nie jest strasznie drogie około 10 hrywien za bagaż za dobę. cennik jest trudny do zrozumienia i w zasadzie zapłaciliśmy mniej niż wynikało z cennika więc pewnie go nie zrozumieliśmy.
na dworcu we lwowie można też spać na którejś z dolnych, otwartych sal. wtedy nic się nie płaci ale jest tam chłodno i zdecydowanie więcej ludzi. sale vip kosztują 1hr za godzine ale jeżeli macie bilet to możecie spać za darmo na 12 przed podróżą.
jeżeli chodzi o żarcie to na krymie można się spokojnie zaopatrzyć w zupki chińskie i gorące kubki, jest nawet większy wybór niż u nas.
pasztety i konserwy mięsne są strasznie drogie ok 15 pln i slabej jakosci. za to konserwy rybne są miesznie tanie i jest ich gigantyczny wybór.
studnie zaznaczone na mapach są często wyschnięte więc nie ma co na nie liczyć
szlaki są kiepsko oznaczone i lepiej na nie, nie liczyć. Umiejętne poslugiwanie się mapą, bardzo, bardzo wskazane.
bilety w komunikacji podmiejskiej/miejskiej kupuje się w autobusie/trolejbusie u babuszki albo u kierowcy.
kupcie sobie przewodnik bezdroży ale nie myślcie że opisy tras tam zamieszczone zwolnią was z blądzenia. Knajpa Raj w sewastopolu polecana przez przewodnik jest do dupy.
mapę krymu kupcie w sklepie turystycznym w symferopolu, którego adres jest w przewodniku bezdroży. jest to dobrze wyposażony sklep ukierunkowany berdziej na wspinaczy.
przy przekraczaniu granicy można pogadać z ukraińskim pogranicznikiem, można dać im w łape i wtedy puszczą bez kolejki. nie wim ile to kosztuje ale myśle że jeżeli jest to kwota do 50 zł to warto