Memoriał Siemaszki 2009

Opowieści z Samotni, czyli Pokor-Amator, Oooo Wielki Czajnik i latający kask

Piątek

W końcu piątek. Wieczorem spakowałem plecak. Teraz przed wyjściem drobny czek-it-ałt: buty są, narty są, kijki są, jeśli zapomniałem to bez reszty się obejdzie. Plecak na plery, narty na huzara i dymam do pracy przez Wrocław. Okazuje się, że nasze przejścia podziemne wcale nie są tak wysokie a znaki drogowe i szyldy sklepowe wcale nie wiszą baaaardzo nad ziemią. Stąpając w rytm kolejnych przypieprzeń nart o coś zmierzam, do pracy. Mam na sobie szturmową kurtkę, bo nie chciało mi się taszczyć dodatkowej. Hmmm zawsze kiedy zakładam górskie ciuchy w mieście, dochodzę do wniosku, że kiedyś trzeba to przeprać, ale szybko sobie wybijam ten pomysł – szkoda impregnacji, poza tym oszukuję się, że latem komary mniej będą gryźć :)

Po pracy pociskam do Letacha wzbudając ogólne zainteresowanie miejskiej gawiedzi. Jeszcze tylko muszę wypłacić kasę, więc dzwonię do Krzyśka dowiedzieć się jaki jest plan żywieniowy, bo ta informacja pozwoli mi zaplanować wielkość kwoty.

- Letach kupujesz żarcie, czy żresz w samotni

- W samotni. Nie miałem czasu kupować żarcia. Chciałem kupić smalec i kiełbasę, ale za duże kolejki

- Szkoda że nie mówiłeś to bym z domu wziął domowy smalec z dzika

- Jaki jesteś głupi, jak ty nie myślisz....

- No dobra wezmę na śnieżnik

Docieram na miejsce tam poznaję Wojtka vel. Tykę, ładujemy sie do auta i szybko pokonujemy dystans dzielący nas od Karkonoszy. Po drodze wpadamy na żarcie do przydrożnej quasi chłopskiej knajpy. Tyka widząc co zamówiliśmy:

-to człowiek może tyle zjeść??

-no baa, jeszcze ciasteczko na deser może...

W Jeleniej odbieramy Gosię. Ta widząc mnie w garniturowej koszuli, polewa w ciszy, jej wzrok mówi: chłopcze ty w tym w góry. Na wszelki wypadek usprawiedliwiam, że na miejscu się przebiorę.

W Karpaczu dzięki koneksjom Gosi parkujemy na parkingu koło Wangu. Nasze auto będzie chronione przez protestanckiego boga, no zobaczymy jak się chłop spisze. W sumie to pierwsza myśl moja i Tyki po wyjściu z auta, to żeby się odlać, ale dostajemy zjeby od Krzyśka, żeby nie szczać na terenie obiektu sakralnego. Nic to. Trzeba poczekać i lać w lesie. Gosia ucieka do swoich, my się przebieramy i po ciemku pociskamy do Samotni, żeby zdążyć jeszcze na odprawę na 21.

W samotni łapiemy się na koniec odprawy, który i tak nic dla nas nie wnosi. Zostaję zapoznany z Pokorem i Arkadym. Pokor informuje nas pospiesznie rzuconym „Lekko” przy uścisku ręki, że zepsuł sobie dłoń. Po tym dowiadujemy się, że będzie startować na krótkiej trasie, bo właśnie ze względu na dłoń, problematyczne jest dla niego operowanie sprzętem.

Rejestrujemy się w biurze zawodów, odbieramy klucze od pokoju i idziemy na piwko. Witamy się z Zawim i jego ekipą –Anią, Kingą,Wojtkiem i Filipem.

Nadchodzi Jano z synem. Wieczór spędzamy na piwkowaniu. Zostaje ustalone, że Pokor jest amatorem, ponieważ startuje na krótkiej trasie, a to ze go boli ręka to ściema i pewnie boi się zjazdu z Drogi Jubileuszowej do Kotła Łomniczki. 23 – trzeba iść spać. Nie ma lekko. Wypiłem dwa piwa i czuję się narypany. No nie za fajnie. Jeszcze porównujemy swoje raki, dyskutujemy o trasie i w trybie wahadłowym okupujemy zimny kibel na parterze. Rozmiary kup dobrze rokują na jutro.

Sobota

Pobódka była w planach o 7 ale Krzychu zaczyna łazić o 6 i przekonuje mnie że lepiej teraz wymyć dupska i jeszcze walnąć się spać a potem pójść na śniadanie. Budzę się z kacem. Jeeeeezu po 2 piwach. Po myciu dupska, smarujemy foki balsamem od BD. Łooo panie, teraz to będziemy szli jak burza. Przy śniadaniu rozpaczamy nad wielkością porcji. Dywagacje śniadaniowe schodzą na trochę inny plan gdy okazuje się, że jakiś człowiek w długich włosach zapieprzył Krzyśkowi jego jajecznicę i w dodatku nie widać po nim wyrzutów sumienia. Wciągamy jeszcze po chlebie ze smalcem i trzeba się szykować, bo czas do startu powoli się kurczy. Jeszcze udaje się pożyczyć dla Tyki piepsa od Zawiego, resztę ABC chłop kołuje sobie sam i dzięki temu może wystartować na długiej trasie.

W pokoju szybkie przebranie, pakowanie rzeczy do plecaka, dywagacje jak się ubrać aby nie ugotować ani zmrozić jaj. Wlewam jedyną wode do camelbaga, spuszczam trochę z węża, żeby go przepłukać i widzę jak wylatuje pomarańczowa ciecz z farfoclami. Nosz kurwa mać. 2 tyg temu miałem wymieszaną wodę w sokiem i zapomniałem wymyć camela. Nic to, nie ma wiecej wody, mam nadzieje, że się nie posram na trasie . Pro forma aplikuję sobie węgiel i leziemy na start.

Chłopaki jęczą, że trasa nie będzie przebiegała przez Żleb Slalomowy – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek Chłopaki jęczą, że trasa nie będzie przebiegała przez Żleb Slalomowy – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

A ja grzecznie i samotnie oczekuję na start – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

A ja grzecznie i samotnie oczekuję na start – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Sprawdzenie ABC, chwilka na śmichy hihy, start i już dymamy do strzechy. Mam w planach trzymać się Letacha. Wymijamy 2 os. Koło strzechy defokacja, to co zawsze trwało kilka – kilkanaście minut bo towarzyszyło temu żarcie batonów i gadanie, teraz musi trwać chwilkę. Motam się z fokami, Letach już zjeżdża nartostradą. Jeszcze jedna foka za pazuche i też pociskam na dół. Nogi jeszcze nie przyzwyczajone do butów i po zapięciu na zjazd zaczynają napieprzać, ale zanim się rozkręcą czeka mnie fokacja, luzowanie butów i „najprzyjemniejsze” dymanko tego dnia – podejście czarnym do Domu Śląskiego, przez Biały Jar.

Ruszyły mutanty – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek Ruszyły mutanty – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Podejście pod Strzeche. Ogonek sie powoli rozciaga – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Podejście pod Strzeche. Ogonek sie powoli rozciaga – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Idę za Krzyśkiem mijamy dwie osoby. Niestety nie w bezpośredniej walce, bo tu ktoś przystanął, kto inny walczy z wiązaniem. Zaczynam się pocić, popijam wodę, ja pieprze, czemu tak wali pleśnią,…… aha już wiem i mam nadzieje za jakiś czas przestanie mi to przeszkadzać, a węgiel zdziała co powinien. Po drodze przy przełamaniu czarnego szlaku w Białym Jarze zaczynamy mijać trekkersów. Niektórzy mnie jeżą bo nie za bardzo chcą schodzić z drogi i trzeba ich omijać bokiem, w tym wszystkim drażni mnie to, że nie mam czasu co by ładnie się zatrzymać i delikwentów zjebać. Letach powoli zaczyna się oddalać, a ja chyba nie do końca chcę go gonić. Wychodzimy na równie pod śnieżka, ustawiam piętki na płasko i dymam. Wciągam batona. Dochodząc do podnóża Śnieżki stwierdzam, że nóżki lekko mi się telepią, a już widzę piękny zjazd do Kotła Łomniczki. Nic chciałbym, żeby zrypanie spowodowało, że będę tam latał jak worek ziemniaków, a nie chcę odpoczywać przed zjazdem. Lekko odpuszczam, wyprzedzają mnie dwie osoby. Widzę, że Letach już się zbiera do zjazdu a ja mam do niego jakieś 200m.

Droga jubileuszowa, jakieś 100m od zjazdu rynną śmierci – zdjęcie wykonane przez Marka Pisarskiego

Droga jubileuszowa, jakieś 100m od zjazdu rynną śmierci – zdjęcie wykonane przez Marka Pisarskiego

Dochodzę do drogi, witam się z sędzia, defokacja, wpinam się, klik, klik, blokada wiązań. Patrzę na ten zjazd. Eeeee nie taka straszna ta rynna śmierci, jak jej nazwa. Śnieżek piękny, widoczek piękny, nawet nie wiem kiedy lecę w dół. Raz po raz, pociskam z otwartą z radości gębą, szerokimi łukami, potem sobie skracam skręt i tak się bawie. 3 sek na reścik i pociskam dalej. Właśnie po to tu przyjechałem, dalsza część trasy i kręcenie czasu, to sprawa drugorzędna. Mięśnie palą, ale euforia pozwala o tym zapomnieć. Zazdroszczę tym co jechali tu pierwsi, kiedy śnieg był nie ruszony. Banan na ryju. Zdjęcie nart, luzowanie butów, fokacja, narty na plecak i wychodzimy z kotła przez Kacze Dołki.

Tuż po wyjściu Kaczymi Dołkami z Kotła Łomniczki. W tle widać Rynnę Śmierci na zboczu Śnieżki – zdjęcie wykonane przez Andrzeja Sokołowskiego

Tuż po wyjściu Kaczymi Dołkami z Kotła Łomniczki. W tle widać Rynnę Śmierci, na zboczu Śnieżki. To ta rynna schodząca do lewego dolnego rogu. – zdjęcie wykonane przez Andrzeja Sokołowskiego

Poprzednicy wydeptali schody. Inny to wysiłek niż foczenie, wiec ładnie sobie odpoczywam przy tym wyjściu. Ech szkoda, że nikt mi tu nie zrobi zdjęć. Z nartami na plecach i stromym zboczem w tle, byłoby lansiarskie zdjęcia. No, ale nie dla zdjęć tu jestem. Piję kolejny już raz. Zdążyłem zapomnieć o tym że woda wali pleśnią, już jest git. A może dalej wali, ale organizm wyłączył kubki smakowe ,no bo po co mi one :) Nie ma co myśleć.

Fokacja i trzeba zapierdzielać przez całą równię do Smogorni. Rany to będą rzygi i monotonia. Jak na biegówkach. Nigdy nie biegówkowałem, ale bieganie po takich pustyniach musi być nudne. Od razu zaczynam czuć odciski, otarcia. Zaczynam myśleć o głupotach i dymam, dymam, dymam. Nie wiem, która jest godzina, ale pewnie będę dymać z godzine. Echh. No nie ma lekko. Batonik, picie, dymanko, dymanko. Jeszcze gdyby to nie były zawody, można by kontemplować widoki. A tak to kontempluje zakwaszenie mięśni, pot w oczach i widok zawodników na horyzoncie którzy mi uciekli. Mijam jednego z zawodników, któremu rozwaliło się wiązanie:

- masz jakąś agrafkę albo jakiś bolec, wypadł mi trzpień z wiązania

- nie mam nic takiego niestety.

Zmóżdżam sie przez 10sek jak mu pomóc

-masz klucze od pokoju?? Tam przy kołeczku jest twardy drut możesz tego użyć

- nie

- no ja też nie mam

I się oddalam. Mam lekkie wyrzuty sumienia. Może powinienem był mu pomóc. No ale jak?? Teraz będzie sobie myślał, że jestem kutasem i czas jest dla mnie ważniejszy niż pomoc i partnerstwo. Stopniowo wyrzuty się oddalają. Widzę Smogornie. Hmm nie jest zbyt daleko, chyba dojdę zanim zdechnę. W sumie to wypadało by docisnąć, ale nie wiem czy już nie mogę, czy zwyczajowo mi się nie chce. No łatwiej sobie powiedzieć, że nie chce mi się, niż to że nie mogę. Bo jak to się przed sobą przyznać, że już nie mogę. Mijam wielu biegówkowiczów, którzy schodzą mi ze śladu. Wdzięczny im za to jestem, choć z drugiej strony, to ja mam cięższy sprzęt i mi jest łatwiej pociskać poza śladem, więc pewnie tak bidulkowo wyglądam, że z litości mi ustępują. W sumie chwała im za to. Nie ważne ich intencje  bo może jestem relatywnie duży i wyglądam tak jakbym zejść nie chciał i się mnie boją. Cóż nigdy się nie dowiem.

Zadowolony, że to koniec równi, dochodzę szczytu Smogorni. Już widzę iglo wybudowane na szczycie na wypadek pizgawicy. Tuz pod szczytem mija mnie człek w niebieskim obcisłym kubraczku. No dopieprza ze 2x szybciej niż ja. Potem się okazuje, że to jedyny człowiek z licencją PZA startujący jako zawodowiec. Na szczycie defokacja. Klik, klik, blokowanie, skracam kijki i pociskam.

W międzyczasie dobrzy ludzie przygotowują śnieg na mecie :))) – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

W międzyczasie dobrzy ludzie przygotowują śnieg na mecie :))) – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Kurde, kiedy zrobi się stromiej, bo tu jest jak na biegówko - stradzie. No w końcu zaczyna się pole śnieżne i można kręcić. Wcześniej byłem zły, że nie ma zjazdu Kotłem Smogorni, ale z drugiej strony jestem już tak sprany, że pewnie bym tam latał jak rzucony worek kartofli. Jestem już tak sprany, że ciężko będzie mi się siada na tyłach nart w głębokim śniegu. Jadę wielkimi łukami między tyczkami. Jest super, ale nogi tak bolą, że ledwo trzymam technikę i pozycje. Na końcu wjazd w las. Jedzie się wydeptaną przez ludzi rynną. W zasadzie można pociskać bokiem w miękkim śniegu, ale raz na jakiś czas trzeba wskoczyć na rynnę, aby nie skończyć trasy, z igliwiem w zębach. Na zdjęciu byłby obciach, tak z zielona mordą wpaść na metę. Ech nie chce mi się slalomować, więc walę rynną na krechę. Wyskakuje z lasu na Polanę , tam efektywny hamulec tuż przed sędziami, a tu miła niespodzianka, spotykam Anię i Wojtka którzy to sędziują. Teraz defokacja. Podczas zmiany fok krótka gadka o tym ,że Krzychu jest mocno z przodu. I pociskam. Przed sobą mam jakiegoś człowieka, który nie da się wyprzedzić do mety. Zaczynają się lekkie przykurcze. Nie mam zamiaru wyprzedzać człeka przede mną, ale nie chcę pozwolić, żeby uciekł mi bardziej. Wyprzedzamy dwójkę zawodników i tak jeden za drugim docieramy do mety. Fajnie, że w końcu się najem. Witają mnie Krzychu i Zawi.

-długo tu jesteście??

-no już trochę - odpowiada Krzychu – idź sobie po herbatę.

Pokor - Amator – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Pokor - Amator – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Letach - O Wielki Czajnik – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Letach - O Wielki Czajnik – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Ja – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Ja – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Zawi - powinno być Zawi Człowiek-Garnek – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Zawi - powinno być Zawi Człowiek - Garnek – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Nasze czasy

Długa trasa:
Tyka - 25 lokata, czas 5h 30m
Jano - 10 lokata 2h, czas 17m40s
Letach - 19 lokata, czas 2h 46m 41s
Ja - 22 lokata, czas 3h 6m 18s

Krótka trasa:
Pokor – Amator 1 lokata 1h 1m 24s
Zawi 5 lokata 1h 24m 43s

Wciągam kilka herbatek z baniaka przed schronem, siadam z chłopakami, wsadzam bose giry w śnieg, delektuję się zarówno całym dotychczasowym dniem, jak i tym, co mnie obecnie otacza. Zapada decyzja, że idziemy żreć do Lucni Boudy. Zawi z Kingą i Wojtkiem wychodzą, my robimy mały przepak i do nich dołączamy. Okazuje się, że Tyka właśnie wychodzi Kaczymi dołkami. Oznacza to, że Zawi jeszcze trochę poczeka na PIEPSa. Jest z tego powodu wyraźnie niezadowolony. W tym czasie, kiedy my pociskamy żreć, Jano pociskają z Mikołajem po Majmeladę . Spotkamy się w Samotni.

Pociskamy z Krzychem do Loucni. Tempo mamy takie, że idziemy równo z Anią i Filipem. Robimy sobie zdjęcia, dyskutujemy o trasie i sapiemy. Wpadamy do Loucni. Dosiadamy się do naszej ekipy. Zostajemy początkowo wyśmiani przez narypaną ekipę z Horskiej Slużby. Uznajemy, że polewaja z Letacha i mnie. Przez sporą część pobytu w knajpie nie będziemy wiedzieć czemu się na nas gapią i głupawo uśmiechają. Dostajemy naprawdę potężną porcję żarcia, którą ledwo co pożeramy. Kiedy przychodzi do płacenia rachunku, zaczynają się schody. Pomimo tego, że mówiliśmy że będziemy płacić kartą, nagle okazuje się, że „Se Ne da” i musimy zapłacić w złotówkach, przy mega gównianym przeliczniku. Kiedy wszyscy kręcimy się koło kasy i terminala, zauważamy z Krzychem, że chłopaki z Horskiej służby ostro wodzą wzrokiem za Kingą. Gdzie ona tam ich łby, a z ogorzałych mord nie znikają głupawe uśmiechy. No i już wiemy czemu im tak wesoło było. Wkurzeni sytuacją z rozliczeniem żarcia, opuszczamy przybytek. Słońce powoli zachodzi, więc po wyjściu na zewnątrz jesteśmy natychmiast spizgani, że hoho. Szybko pociskamy do Samotni.

Żarcie w Loucni Boudzie– zdjęcie wykonane przez Zawiego

Żarcie w Loucni Boudzie – zdjęcie wykonane przez Zawiego

Skracamy sobie ścieżkę i do samotni zjeżdżamy 50m na północny wschód od żlebu Magdy. Śnieg jest fantastycznie miekki i jest go do wysokości buta, jednak nastromienie powoduje, że ciezko z tego ładnie zjechać przy naszych skillsach. Ale jak by na to nie patrzeć, kolejny piękny zjazd za nami.

Poczatek zjazdu do Samotni– zdjęcie wykonane przez Letacha

Poczatek zjazdu do Samotni– zdjęcie wykonane przez Letacha

W samotni mały przepak i trafiamy na dekorację zawodników. Sponsorzy nawet dali radę i można sobie wybrać całkiem fajne gadżety. Oczywiście polewamy z zajęcia I miejsca przez Pokora – Amatora na krótkiej trasie. No jakoś nas to nie dziwi, jak się mutanta wpuszcza do przedszkola to takie są wyniki. Letach w losowaniu dostaje polarek, ja przymaławy t-shirt, Zawi dmuchaną podusię do śpiworka, coby mu miękko w główkę było. Od teraz, większość ludziów zalega przy ławach barowych. My się tylko przebraliśmy i ciągle jesteśmy niewymyci. Zaczynamy trzecią część dnia. Ja zaczynam od grzanego wina chłopaki od piwa. Jano do mnie:

-Królik czemu pijesz herbate, nie browar

-to wino nie herbata

-aaa to ok., zwracam honor.

Siedzimy, gadamy o dupie Maryny czyli: o zawodach, trzecim programie polskiego radia, skiturach, skiturach i skiturach. Padają kolejne piwa. Letach wpada z dwoma termosami, miską cukru i herbat oraz flachą koniaku. Zaczyna robić herbaty z owym koniakiem. Stwierdza:

-ostatnio taka flacha i herbatami z 5 osób się zrobiło.

No to wciągamy kolejne herbatki. Jedne słabe, inne mocniejsze, jeszcze inne przepierdoleńczo mocne. Pierwsze kubki wciągaja z nami jeszcze inne stoliki. Kubek rozpoczyna trasę od naszego stolika, później wędruje poprzez stolik ekipy Zawiego, do stolika GOPRu, by w końcu wrócić do nas. Gadam z Tyką, który informuje mnie, że popełnił kardynalny błąd na trasie. Nie zabrał ze sobą picia i całą trasę pokonał o suchym pysku. No pojechał chłop. To wyznanie robi na wszystkich wrażenie. Letach przyznaje się, że w rynnie śmierci zapomniał zapiąć kask. W tzw miedzyczasie ktoś puszcza muze, gasi światła i zaczyna się zabawa. Tyka zaczyna pląsać. Wyciąga do tańca kolejne niewiasty. Letach do niego dołącza. Tańczy najpierw z Kingą, potem z Anią, Majmeladą, Gosią i wszystkimi pozostałymi dziewczynami z Samotni. Oczywiście między tańcami ciągle biega z termosami i aplikuje nam herbatki.

Jano:

-tyyy Letach, ty Wielki Czajnik jesteś.

Gadam z Arkadym

-co sadzisz o zjeździe slalomowym, chcemy jutro z Krzychem jechać

-yyyyy, no jedźcie

Gadam z Pokorem

-co uważasz o zjeździe wielkim slalomowym

-no nie za dobry pomysł, wyjeżdżał już przy lepszych warunkach, a co chcecie zjechać ??

-noo tylko boje się, że nie zjedziemy bez gleby

-wiesz co ja widziałem jak zjeżdżaliście dziś do samotni, lepiej tam nie idźcie

No to nie jedziemy, pojedziemy na grzędę. Tedy nie było dane nam zjechać. Żleb Slalomowy– zdjęcie wykonane przez Letacha

Tedy nie było dane nam zjechać. Żleb Slalomowy– zdjęcie wykonane przez Letacha

Wielki czajnik się spisuje, nagle kończy się koniak. Nie wiem skąd, ale na naszym stoliku pojawia się flacha śliwowicy. Dzięki temu darowi znikąd „OOOo Wielki Czajnik” dalej może warzyć herbaty z prądem. Podczas tańców Krzyśka, z Majmeladą i Janem zamieniamy się w loże szyderców. Oceniamy niewiasty Letacha

-ta słabo się porusza

-ta już lepiej, ładnie kręci biodrami

-ty z tą Letach tańczy, trzymając rękę na sercu, a ona trzyma ręke w kieszeni

-ciekawe czemu ona tę ręke tam trzyma, w tej kieszeni

-kutasa sobie poprawia

-tyyy Królik, ty wilk nie Królik jesteś.

Z Janem dochodzimy do wniosku, że kończy się śliwowica. Herbatki pomaga nam wciągać Pokor. Generalnie grono osób konsumujących się wykrusza. Tylko Letach wracający z tańców, nigdy nie gardzi herbatką. Kończy się śliwowica, Jano przynosi wisniówkę. No herbatka z wiśniowką bez wątpienia najzaczniejsza. Małgosia zamyka bufet.

Jano:

-biegnij szybko po wrzątek bo nie będzie jak robić herbaty

Ufff zdążyłem. Kończymy te herbatę, co została i zaczynamy picie wisniówki saute. Po chwili zastaję sam. Jano udaje się na zasłużony odpoczynek ja, jeszcze chwile raczę się herbatką, częstuje Kingę i Filipa, po czym idę myć dupsko. Nie będę tańczyć, tak jak Krzychu bo tego nie lubię. Po prysznicu wchodzę do pokoju, za mną wpada Zawi.

-o jesteś, to dobrze. Szykuj się na Krzyśka.

-hmmm, no był zarypany no, ale nie wyglądał jakby miał zdechnąć.

Zawi wprowadza Krzyśka i odchodzi. Krzyś myje zęby i idzie pląsać, twierdząc że dobrze się czuje. Też schodze na dół, tańczę jeden taniec z Kingą i wracam na górę. Po chwili wraca Letach i stwierdza:

-pierdole nie chce mi się już starać – pada na wyro i znika.

Daje mu kosz na śmieci na wszelki wypadek, okrywam i spadam spać. Też jestem zarypany, pewnie rano będę rzygać jak kot. Otwieram okno na oścież, bo śmierdzi u nas sakramencko. W nocy budzę się kilka razy, bo w twarz walą drobinki śniegu, niesione przez pizgający wiatr. Kolo 5 zdaje sobie sprawe, że w pokoju jest koło 5 stopni a Letach śpi pod kocem. Patrzę a jebaniec, jakoś wszedł do śpiwora, w dodatku się obudził całkiem trzeźwy i zaczyna gadać jak nakręcony.

Niedziela
Generalnie dziwimy się, że nie czuć jeszcze kaca.

-Krzychu zamknij się idziemy spać. Mamy wstać o 7 i pociskać na zjazd grzedą.

-no dobra

Pobódka 7 rano. Krzyś

-tyy ruszamy się

-czekaj zobaczę, jaka widoczność

-miałem nadzieje, że tego nie powiesz

Wracam z dworu

-500 m widoczności, zbieraj dupe

-miałem nadzieje, że tego też nie powiesz

Na śniadanie batonik i herbata z termosu, która nie pamiętam jak się tam znalazła. Wychodzimy, pociskamy dookoła Kotla nad małym stawem w kierunku grzędy między stawami. Krzychu na początku jęczy, że mu źle, ale po 100 już mu dobrze. Robi się piekna pogoda tylko, okrutnie wieje. Docieramy do grzędy. Defokacja. Stoję 30m pod Krzyśkiem, mam się wpinać w narty. Przez wiatr słyszę krzyk Krzyśka:

-Królik łap mój kask

Patrze na popierdalający kask w dół. Biegnę, rzucam się do kasku, przy okazji waląc się jajami w twardy śnieg i … chybiam. Kask radośnie podskakując leci w dół i spada gdzieś w żleby. Krzyś kurwi, że hoho. Sprawdzamy piepsy. Pociskamy w dół w kierunku koziego mostku. Jest fajnie. Koszę jakiś duży krzak, walę ryjem w śnieg. Jest bajecznie. Grzęda sie kończy. Jedziemy w gęstym lesie. Ładnie techniczny to ten zjazd nie jest. Generalnie słabo sobie radzę w zmiennych warunkach śniegowych i tu mam tego kolejny przykład. Po wyjściu z lasu idziemy szukać Krzyśkowego kasku. Przechodzimy pod żlebami, ale kasku ani widu ani słychu. Wracamy tuż przed 10 i zjebką pogody. Okno pogodowe wykorzystane w 100%. Śniadanko, do niego grzane wino z wiśniówką i rozpoczynamy szkolenie lawinowe z Gumą.

Krzychu marnieje:

-wiesz coooo na dworze było mi lepiej

Szkolenie lawinowe – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Szkolenie lawinowe – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Część teoretyczna, praktyczna, kopanie dołów, zakopywanie ludzi i jesteśmy po. W kursie mam przerwę – musze przez telefon poprowadzić Jana do żlebu Magdy, którym on w końcu nie zjeżdża, bo było dużo nawianego śniegu i mógłby z czymś wyjechać :)

Szkolenie lawinowe - kopanie – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Szkolenie lawinowe - kopanie – zdjęcie wykonane przez Kingę Gądek

Narty na nogi, do góry do strzechy, nad Samotnie i znów zjazd z boku żlebu Magdy. Powrót do samotni smażony syr, pakowanko i spieprzamy. W trakcie zjazdu do Wangu humor dopisuję. Cała trójka jest zadowolona. Pakujemy narty, zrzucamy skorupy. Wraz z każdym kilometrem zmęczenie jest coraz większe. Letach nie przejmuje się tym, że jeden reflektor nie świeci, od czasu do czasu jedynie pokwękuje: "Tylko ten k.. kask...".

Wielkie dzięki Wszystkim za wspólną zabawę.

TU DOSTĘPNA JEST - Obszerna galeria zdjęć Kingi